Jeszcze kilka lat temu prawdopodobnie wyśmiałbym zdanie, które dzisiaj coraz częściej traktuję bardzo poważnie:
Być może uczestniczymy w tworzeniu własnego życia znacznie bardziej, niż jesteśmy gotowi przyznać.
Tworzenie własnej rzeczywistości brzmi dla wielu osób jak kolejna duchowa teoria. Dla mnie coraz mniej jest teorią, a coraz bardziej pytaniem, które postanowiłem sprawdzać na własnym życiu.
Nie piszę tego dlatego, że przeczytałem kolejną książkę o manifestacji. Właściwie jest odwrotnie. Próbowałem sprawdzać tę ideę na sobie już wcześniej. Kilka razy wydarzyły się rzeczy, które naprawdę dały mi do myślenia, ale nigdy nie byłem w tej pracy wystarczająco konsekwentny, żeby uczciwie powiedzieć sobie: dobrze, teraz naprawdę to sprawdziłem.
Od lutego robię to inaczej. Codziennie. Pracuję z tym, na czym skupiam uwagę, jakie obrazy przyszłości tworzę, co naprawdę czuję i — chyba najważniejsze — w co rzeczywiście wierzę, kiedy nikt mnie nie słucha. Korzystam z medytacji, pracy z intencją i manifestacją, praktyk, które znam od dawna z pracy Joe Dispenzy, ale również z szamanizmu i innych doświadczeń, które przez lata pojawiały się na mojej drodze.
To nie jest więc dziewięć miesięcy poznawania czegoś nowego. To prawie dziewięć miesięcy konsekwentnego robienia tego każdego dnia.
I zaczynam nie tylko zauważać zmiany. Zaczynam je czuć.
Nie wszystko wydarza się tak, jak chcę. Nie siedzę na kanapie i nie zamawiam Wszechświatowi nowego samochodu. Nie o tym mówię.
Mówię o czymś znacznie bardziej niewygodnym. Bo jeśli naprawdę mamy większy udział w tworzeniu własnego doświadczenia, niż sądzimy, to nie dotyczy to tylko naszych marzeń. Dotyczy również naszych lęków, oczekiwań i rzeczy, w które wierzymy tak głęboko, że nawet nie zauważamy, że w nie wierzymy.
I właśnie dlatego kilka stron książki, którą teraz czytam, zatrzymało mnie na dłużej.
Co, jeśli Bóg nie decyduje za Ciebie?
Czytam teraz Białą Księgę Ramthy. Nie chcę tutaj robić z niej wykładu ani przekonywać kogokolwiek do zawartych w niej idei. Zainteresowało mnie coś znacznie prostszego: sposób, w jaki przedstawiona jest tam relacja pomiędzy Bogiem, człowiekiem, myślą i wolną wolą.
Bóg nie jest tam przedstawiony jako ktoś oddzielony od człowieka, kto siedzi gdzieś ponad nim i decyduje, co powinno wydarzyć się w jego życiu. Przeciwnie. Człowiek otrzymuje wolność myślenia, wyboru i doświadczenia. Może wybierać również to, co później przyniesie mu cierpienie. Nie dlatego, że Bóg go ukarał, ale dlatego, że wolność przestaje być wolnością, jeśli ktoś cały czas wybiera za nas.
To zatrzymało mnie przy jednym pytaniu. Jeżeli rzeczywiście dostaliśmy wolną wolę, to może pytanie nie brzmi: „Co Bóg dla mnie zaplanował?”, ale: „Co ja robię z wolnością, którą dostałem?”
To pozornie niewielka różnica. Dla mnie zmienia jednak bardzo dużo, bo nagle przestaję patrzeć na życie wyłącznie jak na coś, co mi się przydarza.
A jeśli nasze myśli są czymś więcej niż komentarzem do rzeczywistości?
Przez większość czasu traktujemy myśli jako reakcję na to, co dzieje się wokół nas. Mam problem, więc się martwię. Nie wiem, co będzie dalej, więc się boję. Brakuje mi pieniędzy, więc myślę o ich braku. Coś kiedyś się nie udało, więc zakładam, że następnym razem może wydarzyć się dokładnie to samo.
To wydaje się całkowicie logiczne.
Ale można odwrócić tę zależność i zadać znacznie ciekawsze pytanie: a jeśli sposób, w jaki myślę, nie tylko opisuje moje życie, ale również uczestniczy w jego tworzeniu?
To jest jedna z idei, którą odnajduję w czytanej teraz książce. Myśl, wolna wola i doświadczenie nie są tam od siebie oddzielone. To, co człowiek przyjmuje jako prawdę, wpływa na to, czego doświadcza i jaką rzeczywistość dla siebie tworzy.
Właśnie dlatego interesuje mnie dzisiaj tworzenie własnej rzeczywistości nie jako atrakcyjne hasło, ale jako coś, co można obserwować we własnym życiu.
Nie musisz w to wierzyć. Ja też nie chcę już przyjmować takich rzeczy tylko dlatego, że ktoś napisał je w książce. Wolę sprawdzać.
I właśnie to robię.
Tym razem postanowiłem sprawdzić to naprawdę
To nie jest mój pierwszy eksperyment z tym, jak myśli, przekonania, intencja i emocje wpływają na moje życie. Próbowałem wcześniej. Wracałem również kilka razy do pracy Joe Dispenzy. W zeszłym roku także miałem okres bardziej regularnej praktyki. Były momenty, kiedy rezultat naprawdę mnie zaskakiwał.
Tylko że później przychodziła codzienność i gdzieś po drodze traciłem konsekwencję. I właśnie dlatego trudno było mi powiedzieć, czy to naprawdę działa. Kilka dni czy kilka tygodni praktyki, a później powrót do starego sposobu funkcjonowania, niewiele przecież udowadnia.
Dlatego od lutego postanowiłem podejść do tego inaczej. Nie przez tydzień. Nie wtedy, kiedy mam dobry dzień. Nie tylko wtedy, kiedy bardzo czegoś potrzebuję. Zacząłem robić to każdego dnia.
Nie chodzi przy tym o powtarzanie sobie przed lustrem, że wszystko będzie wspaniale. Mogę przecież sto razy powiedzieć: „będzie dobrze”, podczas gdy moje ciało, decyzje i zachowanie mówią: „boję się, że wszystko się rozpadnie”. Mogę mówić, że chcę obfitości, a jednocześnie przez większość dnia żyć w strachu przed brakiem. Mogę chcieć dobrej relacji, ale głęboko oczekiwać, że ktoś mnie zrani.
Która z tych historii naprawdę kieruje wtedy moim życiem? Ta, którą świadomie deklaruję, czy ta, w którą rzeczywiście wierzę?
Od lutego zwracam uwagę właśnie na tę różnicę. Na to, co myślę, ale też co czuję. Na to, jak wyobrażam sobie przyszłość. Na stare przekonania pojawiające się automatycznie. Na momenty, w których chcę czegoś nowego, ale nadal reaguję tak, jakbym żył w starej rzeczywistości.
I po prawie dziewięciu miesiącach zaczyna się robić naprawdę ciekawie.
Najpierw zacząłem to czuć
To jest chyba ważniejsze niż rzeczy, które mogę pokazać na zewnątrz. Pierwsza zmiana nie wydarzyła się wokół mnie. Zaczęła się we mnie.
Pewne rzeczy, które wcześniej wydawały mi się odległe, zaczęły być dla mnie bardziej naturalne. Zmieniał się sposób, w jaki o nich myślałem. Zacząłem podejmować inne decyzje, inaczej reagować na niektóre sytuacje i szybciej zauważać moment, w którym stary lęk próbuje napisać przyszłość, zanim ta w ogóle się wydarzy.
A potem zacząłem zauważać również zmiany na zewnątrz. Nie jedno wielkie objawienie. Nie piorun z nieba. Raczej kolejne rzeczy, które przez długi czas istniały jako pomysł, marzenie albo kierunek, a później — również poprzez pracę, decyzje i konkretne działanie — zaczęły stawać się rzeczywistością.
Jedną z nich jest moja książka. I tutaj historia robi się dla mnie jeszcze ciekawsza, bo już w niej pisałem o tym, że nie jesteśmy jedynie biernymi uczestnikami życia. Pisałem o przekonaniach, sposobie patrzenia, wzorcach i o tym, jak to, co nosimy w sobie, może wpływać na rzeczywistość, której później doświadczamy.
Wtedy już tego dotykałem. Dzisiaj coraz bardziej tym żyję i znacznie bardziej świadomie sprawdzam to na sobie.
Samo napisanie książki było kiedyś marzeniem. Potem przyszła mniej romantyczna część: pisanie, poprawianie, podejmowanie decyzji, doprowadzanie wszystkiego do końca. Myśl sama książki nie napisała. Trzeba było usiąść i wykonać pracę.
Ale dzisiaj ta książka istnieje. Mogę wziąć ją do ręki. Udało mi się doprowadzić do wydania polskiej wersji, a kolejnym krokiem jest wersja hiszpańska.
Coś, co kiedyś istniało tylko jako obraz w mojej głowie, zaczęło istnieć w świecie fizycznym.
I książka nie jest jedynym takim przykładem.
Kiedy coś, co było marzeniem, zaczyna mieć swoją datę
Od dłuższego czasu coraz bardziej pasjonuje mnie praca z ludźmi, transformacją i metodami, które sam poznaję poprzez własne doświadczenie. Szamanizm i praca z tym, czego nie zawsze potrafimy wyjaśnić samą logiką, stały się ważną częścią mojego życia. Uczyłem się, praktykowałem, przechodziłem przez własne procesy i obserwowałem, co rzeczywiście działa.
Przez długi czas istniała też we mnie myśl o stworzeniu przestrzeni, w której inni ludzie mogliby wejść w takie doświadczenie.
To także było kiedyś tylko pomysłem.
A później zaczęły pojawiać się kolejne elementy: ludzie, rozmowy, miejsce, decyzje i konkretne działanie. W końcu byliśmy w stanie zorganizować takie wydarzenie dla innych.
I znowu mógłbym powiedzieć: przecież nic magicznego się nie wydarzyło. Zorganizowałeś event. Wykonałeś pracę.
Oczywiście.
Tylko że zaczynam dostrzegać pewien powtarzający się proces. Najpierw coś pojawia się jako możliwość. Później zaczynam traktować tę możliwość coraz bardziej serio. Zmienia się moje wewnętrzne nastawienie. Zaczynam podejmować decyzje, których wcześniej nie podejmowałem. Pojawia się działanie. Czasami dużo działania. Czasami przeszkody, błędy i zmiana kierunku.
A któregoś dnia coś, co przez długi czas istniało tylko we mnie, ma swoją okładkę, swoją datę, swoje miejsce albo ludzi siedzących razem w jednym pomieszczeniu.
Może właśnie tutaj robimy manifestacji największą krzywdę, przedstawiając ją jak magiczne zamawianie rzeczy u Wszechświata.
Bo może działanie jest częścią kreacji.
Jedno z kolejnych marzeń właśnie stało się konkretem
Pracę Joe Dispenzy znam od dawna. Podchodziłem do niej już kilka razy i część jego praktyk stosowałem również wcześniej. Nie odkryłem go więc w lutym.
Różnica jest gdzie indziej.
Wcześniej brakowało mi konsekwencji. Zaczynałem, praktykowałem, czasami zauważałem coś interesującego, a później przestawałem. Teraz jego praca jest jednym z elementów znacznie szerszej praktyki, którą wykonuję codziennie — obok medytacji, szamanizmu, pracy z intencją, manifestacją i przekonaniami.
Różne drogi. Różne języki. Czasem zaskakująco podobne pytania.
Jednym z moich marzeń od dawna było uczestnictwo w warsztacie Joe Dispenzy.
Teraz mam bilety. Niedługo jadę.
Można oczywiście powiedzieć: no i co z tego? Chciałeś pojechać, pojawiła się możliwość, kupiłeś bilety. Koniec historii.
I być może właśnie tak jest.
Ale kiedy patrzę teraz na książkę, wydarzenie, które udało nam się stworzyć, i ten wyjazd, zaczynam widzieć ten sam proces.
Najpierw coś zaczyna istnieć inaczej we mnie. Przestaje być odległym „może kiedyś”. Zaczynam dopuszczać to jako realną część mojego życia. Zmieniają się moje decyzje. Zaczynam zauważać możliwości, których wcześniej być może nawet bym nie zobaczył. Robię rzeczy, których wcześniej nie robiłem.
A potem któregoś dnia coś, co było tylko myślą, staje się konkretem.
Książka sama się nie napisała. Wydarzenie samo się nie zorganizowało. Bilet na warsztat sam nie pojawił się w mojej skrzynce.
Ale zanim cokolwiek z tego powstało fizycznie, najpierw musiała pojawić się możliwość, że w ogóle może istnieć.
I właśnie to zaczyna mnie fascynować.
W którym momencie naprawdę zaczyna się wydarzenie? Czy wtedy, kiedy kupuję bilet? Kiedy kończę ostatnią stronę książki? Kiedy otwieramy drzwi i przychodzą pierwsi ludzie? Czy znacznie wcześniej?
Najbardziej niewygodna część tworzenia własnej rzeczywistości
Łatwo jest mówić o tworzeniu własnej rzeczywistości, kiedy chodzi o rzeczy, których pragniemy. O podróży, pieniądzach, nowym domu, dobrej relacji, sukcesie czy marzeniu, które właśnie zaczyna się spełniać.
Znacznie trudniej spojrzeć w drugą stronę.
Jeżeli rzeczywiście uczestniczę w tworzeniu własnego doświadczenia, to co z rzeczami, których się boję? Co z przekonaniami, które powtarzam od lat? Co z historiami, które noszę w sobie tak długo, że zacząłem uważać je za fakty?
Jeżeli jestem przekonany, że ludziom nie można ufać, jakich ludzi zauważam i jak interpretuję ich zachowanie? Jeżeli wierzę, że pieniądze zawsze znikają, jakie decyzje podejmuję? Jeżeli oczekuję odrzucenia, jak wchodzę w relację? Jeżeli jestem przekonany, że życie jest walką, czy przypadkiem nie organizuję swojego życia tak, aby bez końca tę walkę potwierdzać?
Nie trzeba nawet wchodzić w duchowość, żeby zobaczyć część tego mechanizmu. To, w co wierzymy, wpływa na to, na co zwracamy uwagę. To, co zauważamy, wpływa na sposób, w jaki interpretujemy sytuację. Interpretacja wpływa na emocje, emocje na decyzje, a decyzje na działania. Po kilku latach dwa różne sposoby patrzenia mogą doprowadzić do dwóch zupełnie różnych żyć.
Ale pozostawiam sobie jeszcze jedno pytanie:
Czy to naprawdę wszystko?
Ten sam wąż, dwie różne rzeczywistości
W Białej Księdze pojawia się prosty przykład węża, który bardzo mi się spodobał. Jedna osoba może zobaczyć w nim niezwykłą formę życia — sposób, w jaki się porusza, jego skórę, konstrukcję ciała. Druga patrzy na dokładnie tego samego węża i widzi coś obrzydliwego, przerażającego i złego.
Wąż się nie zmienił. Zmienił się obserwator, a wraz z nim całe doświadczenie.
Im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej widzę ten mechanizm również w codziennym życiu. Dwie osoby mogą stracić pracę. Dla jednej będzie to katastrofa potwierdzająca, że świat jest przeciwko niej. Dla drugiej to samo wydarzenie może po latach okazać się początkiem zupełnie nowego życia.
Nie dlatego, że druga osoba wypowiedziała magiczne zdanie i „myślała pozytywnie”. Nadała temu wydarzeniu inne znaczenie. Zobaczyła inne możliwości. Podjęła inne decyzje. Zaczęła poruszać się w innym kierunku.
To samo wydarzenie, ale z czasem dwie zupełnie inne rzeczywistości.
Dlatego zmiana perspektywy przestała być dla mnie ładnym hasłem. Coraz bardziej widzę ją jako coś, co realnie może zmieniać życie.
Nie wiem jeszcze, gdzie kończy się przypadek, a zaczyna kreacja
I właśnie tego nie chcę udawać.
Nie mam zamiaru powiedzieć Ci, że wiem, jak działa Wszechświat. Nie wiem. Nie zamierzam też mówić komuś choremu, że „sam stworzył swoją chorobę”, albo tłumaczyć tragedii tym, że ktoś miał niewłaściwe myśli. Takie uproszczenie może być nie tylko intelektualnie słabe, ale zwyczajnie okrutne.
Interesuje mnie coś innego: jak duża część mojego życia rzeczywiście znajduje się w obszarze mojego wpływu, zanim jeszcze jestem tego świadomy?
Co się dzieje, kiedy przestaję bez końca tworzyć przyszłość na podstawie przeszłości? Co się zmienia, kiedy zauważam przekonanie, zanim stanie się kolejną decyzją? Co się stanie, jeśli zamiast codziennie wyobrażać sobie rzeczy, których się boję, zacznę równie konsekwentnie doświadczać w sobie rzeczywistości, której chcę?
Nie znam jeszcze granicy tego procesu.
Ale od lutego sprawdzam ją każdego dnia.
I być może właśnie tutaj pytanie o tworzenie własnej rzeczywistości staje się dla mnie naprawdę interesujące. Nie jako obietnica kontroli nad wszystkim, co wydarza się w życiu, ale jako pytanie o to, jak dużo tworzymy poprzez własne przekonania, uwagę, wybory i działanie — być może również poprzez coś, czego jeszcze nie potrafimy dobrze nazwać.
Nie proszę Cię, żebyś w to uwierzył
Nie chcę przekonywać Cię do Ramthy. Nie chcę przekonywać Cię do Dispenzy. Nie chcę też powiedzieć Ci: „jesteś kreatorem swojej rzeczywistości, więc od jutra zacznij myśleć inaczej”.
Sam nadal sprawdzam, jak daleko to sięga.
Próbowałem wcześniej i widziałem rzeczy, które mnie zastanawiały. Teraz po raz pierwszy robię to wystarczająco długo i konsekwentnie, żeby móc obserwować nie pojedyncze wydarzenie, ale proces.
I zaczynam coś czuć. Zaczynam też coś widzieć.
Niedługo będę siedział na warsztacie Joe Dispenzy. Nie dlatego, że odkryłem jego pracę kilka miesięcy temu. Znam ją od dawna. Wracałem do niej, odchodziłem, próbowałem ponownie. Tym razem jednak wydarzyło się coś innego: nie przestałem.
Od lutego, każdego dnia, kontynuuję swój eksperyment.
Jedną z rzeczy, których chciałem doświadczyć, było znalezienie się właśnie tam.
Teraz mam bilet.
Czy go „zamanifestowałem”? Nie wiem. Czy zmieniłem siebie na tyle, żeby zacząć podejmować decyzje, które mnie tam zaprowadziły? To już potrafię zobaczyć.
A czy istnieje coś jeszcze pomiędzy jednym a drugim?
Tego właśnie chcę się dowiedzieć.
Nie przez kolejne dziesięć książek i nie dlatego, że ktoś powiedział mi, w co mam wierzyć.
Przez własne życie.
I być może właśnie dlatego coraz mniej interesuje mnie pytanie: „Czy naprawdę możemy stworzyć wszystko, czego pragniemy?”
Znacznie bardziej interesuje mnie inne:
Co tworzę już teraz, każdego dnia, nawet nie wiedząc, że to robię?




