„Medytacja nie jest dla mnie”. Też tak myślałem

przez admin | wrz 21, 2026 | 1. Start, Changing perspective

„Ja nie medytuję. Ja nie umiem medytować. To nie jest dla mnie.”

Ostatnio rozmawiałem ze znajomym i właśnie to od niego usłyszałem. I nagle przypomniałem sobie siebie sprzed lat. Dokładnie tak samo myślałem.

Co to do cholery właściwie jest ta medytacja? Po co mi to wszystko? Przecież logika działa, można myśleć, analizować, rozwiązywać problemy. Po co mam siedzieć z zamkniętymi oczami i medytować? Dla mnie było to coś dla hippisów, dla ludzi trochę odjechanych, bardzo „spiritual”. Zdecydowanie nie dla mnie.

To było oczywiście na samym początku. Później coś zaczęło się zmieniać, bo zacząłem próbować.

Próbowałem. I była to męka

Naprawdę. O Jezu, jakie to było cierpienie.

Próbowałem jeden dzień, drugi, kolejny. Czasami było trochę lepiej, a później znowu wracała ta sama męka. Trzeba było znaleźć czas, moje myśli cały czas gdzieś krążyły, nie mogłem się skupić. Próbowałem różnych kursów medytacyjnych, różnych sposobów, słuchałem medytacji prowadzonych. Tak naprawdę spróbowałem ich bardzo wiele i niewiele ze mną rezonowało.

Najlepiej było mi medytować rano, kiedy jeszcze nic mnie nie rozpraszało i zanim zacząłem działać. Tylko że żeby medytować rano, trzeba wcześniej wstać. A żeby wcześniej wstać, trzeba wcześniej pójść spać. W ciągu dnia nie było mowy, wieczorem słabo.

O Jezu. Istna męka.

I cały czas wracało: przecież to nie jest dla mnie.

Podchodziłem więc do medytacji, odchodziłem, później znowu próbowałem i znowu odpuszczałem.

A ile razy przewróciłem się na rowerze?

Dzisiaj mogę porównać naukę medytacji do nauki jazdy na rowerze albo na nartach.

Ile razy się przewróciłem? Ile razy obiłem kolano? Ile razy wywróciłem się na nartach, zanim nauczyłem się jeździć?

Z pływaniem było podobnie. Też kiedyś nie umiałem. Przytapiałem się, aż w końcu ktoś wrzucił mnie z łódki do wody i nie miałem wielkiego wyboru. Musiałem sobie poradzić.

Nowego języka też nie nauczyłem się pierwszego dnia.

Jeżeli się nad tym zastanowić, wielu rzeczy, które dzisiaj robimy zupełnie naturalnie, kiedyś nie potrafiliśmy. Były trudne, niewygodne, czasem frustrujące.

Co spowodowało, że w końcu się ich nauczyliśmy?

Kontynuowaliśmy.

I dokładnie tak było u mnie z medytacją. Podejmowałem wiele prób. Podchodziłem, odchodziłem, wracałem. Aż zacząłem dostrzegać, że to jest naprawdę mocne narzędzie, które może mi pomóc osiągnąć to, czego chcę.

Najpierw pojawił się spokój

Pierwszą rzeczą był spokój.

Zacząłem zauważać, że potrafię patrzeć na rzeczy dziejące się wokół mnie z większego dystansu. Nie wchodzić od razu w każdy problem, nie robić dramatu z każdej sytuacji, nie dawać się natychmiast przejmować temu, co się wydarzyło.

Mogłem obserwować.

I już sama obserwacja dawała mi więcej spokoju.

Później zacząłem obserwować własne myśli, szczególnie te negatywne. One nie zniknęły. Nadal się pojawiały, ale coraz częściej potrafiłem je zauważyć i nie pozwalać im od razu przejmować kontroli nade mną.

Dla mnie to było bardzo dużo.

Później doszło pisanie tego, co się ze mną dzieje, zapisywanie tego, czego chcę, manifestowanie, określanie celów i działanie. Zacząłem robić część tych rzeczy właśnie po medytacji, kiedy jestem spokojniejszy i mogę świadomie skierować uwagę na to, czego chcę i dokąd zmierzam.

Zaczęło się to wszystko łączyć w całość.

Medytacja stała się moim codziennym resetem

Dzisiaj widzę medytację jako narzędzie, bez którego trudno mi już funkcjonować. Jest dla mnie czymś w rodzaju codziennego resetu, który pozwala mi wrócić do siebie.

Do spokoju. Do moich celów. Do miejsca, w którym myśli nie przejmują nade mną całkowitej kontroli. Do tego, kim jestem i w którym kierunku chcę iść.

Nie znaczy to oczywiście, że wszystko już wiem i mam całe życie figured out. Absolutnie nie.

Też wypadam z kursu. Też wielu rzeczy nie robię, mimo że wiem, że powinienem. Też się czasem gubię. Ale medytacja pomaga mi wrócić. Połączyć się ze sobą i przypomnieć sobie, kim chcę być.

Partnerem. Ojcem. Człowiekiem, który utrzymuje rodzinę, pracuje, pomaga innym i realizuje swoje cele. Ale jednocześnie człowiekiem, który w tym wszystkim nie zapomina o sobie.

Pomaga mi wrócić do miejsca, z którego mogę patrzeć na siebie i innych z większym spokojem, czuciem, miłością i zrozumieniem.

I właśnie to daje mi dzisiaj medytacja.

Musiałem przestać, żeby to naprawdę zobaczyć

W zeszłym roku medytowałem przez około sześć miesięcy. Później zostawiłem to.

I zacząłem się rozsypywać. Również fizycznie.

Dopiero później zobaczyłem, jak ważne było dla mnie to narzędzie.

Teraz jestem po około siedmiu miesiącach praktycznie codziennej medytacji. Może jeden czy dwa dni opuściłem ze względu na wyjazdy czy inne sytuacje. Ale generalnie, nawet jeśli wypadnę, wracam.

Nie dlatego, że ktoś powiedział mi, że trzeba medytować. Nie dlatego, że chcę być bardziej „spiritual”.

Po prostu zobaczyłem, jak to na mnie działa.

Jak zacząć medytować?

Kiedy ktoś pyta mnie dzisiaj, co zrobić, żeby zacząć medytować, odpowiedziałbym bardzo prosto:

Zacznij.

Ale nawet niekoniecznie od samej medytacji. Zacznij od zmiany tego, co sobie o niej mówisz.

Jeśli twoja taśma brzmi: „To nie jest dla mnie. Nie umiem medytować”, spróbuj na chwilę ją zatrzymać.

Nie musisz od razu mówić: „Medytacja jest dla mnie i od dzisiaj będę medytować codziennie”.

Wystarczy:

„Być może jest dla mnie. Jestem gotowy sprawdzić.”

To właśnie zrobiłem ja.

Później próbuj. Być może trafisz na kurs. Być może na konkretną medytację. Być może na człowieka, którego sposób prowadzenia będzie ci odpowiadał. Ja osobiście lubię medytacje prowadzone i korzystam między innymi z medytacji Joe Dispenzy. Jest ich mnóstwo i można znaleźć je w różnych miejscach, między innymi na Spotify.

Ale nie chcę przekonywać, że ktoś konkretny jest najlepszy. Każdy musi znaleźć to, co działa dla niego.

Znajdź coś i spróbuj. Jeśli nie działa, spróbuj czegoś innego. Jeśli odpuścisz, możesz wrócić.

Dokładnie tak jak z rowerem. Przewracasz się, wstajesz. Znowu się przewracasz, znowu wstajesz. W pewnym momencie przestajesz myśleć o tym, jak utrzymać równowagę.

Po prostu jedziesz.

Ile rzeczy odrzucamy, zanim naprawdę damy im szansę?

I tutaj medytacja nauczyła mnie czegoś jeszcze.

Zastanawiam się, ile rzeczy w życiu odrzucamy jednym prostym zdaniem:

„To nie jest dla mnie.”

Medytacja nie jest dla mnie. Sport nie jest dla mnie. Nie umiem pisać. Nie jestem dobry w językach. Nie nadaję się do tego. Nie potrafię tego zrobić. Ja już po prostu taki jestem.

Być może czasami rzeczywiście coś nie jest dla nas.

Ale skąd to wiemy, jeśli nigdy naprawdę nie daliśmy sobie szansy tego sprawdzić?

Nie próbuję nikogo przekonywać, że każdy powinien medytować. Mogę powiedzieć tylko, co wydarzyło się u mnie. Coś, co kiedyś uważałem za kompletnie nie dla mnie, dzisiaj stało się jednym z narzędzi, które pomagają mi codziennie wracać do siebie.

A wszystko zaczęło się nie od tego, że nauczyłem się medytować.

Zaczęło się od dopuszczenia jednej możliwości:

„A może jednak jest to dla mnie?”

Thank you for your attention.

Pin It on Pinterest